W czymś jednak Korowin mimo wszystko się omylił: panie najwyraźniej nie przypadły

tymczasem każdy temat sprowadzał się ostatecznie do kwestii Diaza.
- Co...? - spytała drżącym z emocji głosem.
wtedy Millę zaślepiły emocje - dokładnie tak samo jak na cmentarzu,
jego głos był czujny i zarazem władczy, jak zwykle.
metalowych stołach roiło się od pustych butelek, a za kibel służyła
an43
sobie na ładny wypadek.

monitoringu.
i uciekli. Jeden z nich pchnął mnie nożem w plecy, przez co o mało
Dostrzegła, jak Diaza przechodzi dreszcz - i uświadomiła sobie,
zawiadamia innych, co zamierza.
sięgając zachłannie do dżinsów Diaza, niecierpliwie walcząc z
przed jakąkolwiek próbą zbliżenia się do tej kobiety. A to nie było


rozmowę z pewnym interesującym osobnikiem, także mającym coś wspólnego z

układanki. Musiał teraz namierzyć Pavona i upewnić się, że ten głupi
zastanawiał się nad tym, co się stało z Buddym. Ale nigdy o to nie pytał. Te tematy były w ich domu tabu. Za każdym razem, kiedy ktoś ośmielił się wspomnieć o Franku albo Buddym przy Sunny, zamykała się w sobie i na długie dnie zatracała się w jakimś ciemnym, odległym świecie. - Chodź, bo zagrzeje się napój dla twojej matki. - Z uśmiechem, który wyćwiczył w ciągu lat, zaprowadził Mary Beth do namiotu, gdzie w dalszym ciągu siedzieli państwo Spearsowie. Podał wodę pani pastorowej. - Dziękuję. - Spodobało jej się, że ktoś zrobił dla niej coś miłego. - Nie ma za co. - Chase wytłumaczył samemu sobie, że musi się uspokoić, przestać zaprzątać sobie tym głowę, zapomnieć o zdenerwowaniu, któremu jego brat zawsze dawał się ponieść. To było najgorsze miejsce na roztrząsanie przeszłości. Wspomnienia dopadły go jednak, gdy zobaczył z jakim zainteresowaniem Mary Beth pyta o jego rodzinę. Przypomniał mu się zdechły kot i panie z kościoła pastora Spearsa, które usiłowały skłonić Sunny, żeby oddała dzieci, przekonując ją szeptem, że nie nadaje się na matkę. Zastanawiał się, tak jak przez całe lata, czy to nie Spears stał za ostrzelaniem ich szyldu i czy zdechły kot... Całą jego samokontrolę diabli wzięli. Z uśmiechem zwrócił się do pani Spears: - Jeżeli można, chciałbym zatańczyć z Mary Beth. - Wykluczone! - Pastor rogiem serwetki otarł z ust sos. - Skończyła już osiemnaście lat i jest na tyle dorosła, że sama może o sobie decydować, nie sądzi pan? - Znowu zaprezentował wystudiowany uśmiech. - Ona nie będzie uczestniczyła w żadnych hedonistycznych rytuałach. - Zbielały mu wargi. - To szatańska sprawka, chłopcze. - Mary Beth, siadaj - nakazała łagodnie Earlene. Mary Beth usiłowała wyzwolić dłoń z ręki Chase’a, ale chłopak trzymał ją mocno, jak w śmiertelnym uścisku. - Co ty na to. Mary Beth? Nie powinniśmy o tym decydować za twoimi plecami. Zatańczysz ze mną? Dziewczyna zawstydziła się. - Proszę cię, Chase... - Nie chcesz ze mną zatańczyć? - Nie o to chodzi, ale... - Dość tego! - syknął pastor. Uderzył rękami o stół i wstał, prezentując się w całej okazałości. Miał metr osiemdziesiąt trzy wzrostu. Wyglądał imponująco. Jego rysy były ostre, dłonie wielkie, a głos jednocześnie szeptał i grzmiał. Spojrzał na Chase’a z góry. Awantura wisiała w powietrzu. - Słyszałeś, co ona powiedziała, chłopcze. Nie chce z tobą tańczyć. - Chyba może mówić sama za siebie. W tłumie rozległ się szmer, rozmowy umilkły, kostki lodu przestały dzwonić w szklankach. Ludzie zamarli na parkiecie i nawet dźwięki starego przeboju Beatlesów umilkły, bo pianista zdjął palce z klawiatury. Chase czuł, że wszyscy na niego patrzą. Spojrzenia prawie paliły materiał wypożyczonego smokingu. Rex Buchanan, jego szef, najbogatszy człowiek w Prosperity, sędzia Caldwell, gospodarz przyjęcia i ludzie, do których mógłby się zgłosić, gdyby zdał egzamin na aplikację adwokacką - Jake Berticelli i Elliot Barnes, znani miejscowi prawnicy. Wszyscy tu byli. I patrzyli na niego. Wkrótce miał się zjawić gubernator i nowo wybrany senator. Uważaj, ostrzegał go wewnętrzny głos. Nie schrzań tego! Zbyt długo pracowałeś na to, żeby się tu znaleźć. Nie rób zadymy tylko dlatego, że temu gnojkowi wydaje się, że jest lepszy od ciebie i twojej matki. - Mary Beth, zbieraj się - nakazał cicho pastor. Spojrzał na tłum i zorientował się, że wszyscy na niego patrzą. - Earlene, chyba powinniśmy już pójść. - Dopiero, kiedy dostanę mój taniec. - Palce Chase’a wbiły się w dłoń dziewczyny. - Wykluczone, synu. Chyba nie wydaje ci się, że moja córka zatańczy z synem kobiety, która zajmuje się czarami i satanizmem... - Ugryzł się w język i odkaszlnął. Szybko ukrył złość pod maską dobrotliwej troskliwości. - Posłuchaj, chłopcze. Nie powinniśmy robić scen. To jest przyjęcie pana Caldwella i jego cudownej żony. - Obraził pan moją rodzinę - wypomniał mu Chase. - Nie chciałem. Modlę się za twoją matkę i wszystkie zbłąkane dusze, które przychodzą do niej po radę zamiast szukać prawdy naszego Pana, Jezusa Chrystusa. Każdej nocy klękam przed ołtarzem naszego ukochanego Ojca i modlę się, żeby porzuciła szatańskie praktyki i przestała oddawać hołd Lucyferowi. - Nie ma pan o tym zielonego pojęcia. - Ona ma problemy, synu. - Idź do diabła! Brigowi wystarczyło to, co usłyszał. Widział Chase’a z Mary Beth i zauważył ogień w oczach brata. Zakładał sobie pętlę na szyję. Ci ludzie z przyjemnością na zawsze przekreślą Chase’a McKenziego. Jeżeli wywoła awanturę na przyjęciu u Caldwella, może pożegnać się z karierą prawniczą w Prosperity i pewnie w Portland. Idiota. Brig podniósł się z krzesła i podszedł do brata. - Uspokój się. - To nie twoja sprawa. Brig uśmiechnął się szeroko.
potem Pavon usłyszał, że Diaz go szuka. Nie musiał głowić się po co.

Milla - paradoksalnie - bardzo się cieszyła, że czasem czuje

kompleksu bohatera.
Rainie już wiedziała, że na te pytania nie będzie prostych odpowiedzi. Zbyt wiele osób
sądzie dla dorosłych nie wróży nic dobrego.


do wniosku, że pora zostawić ich samych. Odwróciła się z pożegnalnym uśmiechem i
– Tak, zgadza się. Przejęła taką poważną sprawę, a Bóg mi świadkiem, że pełnoletnia jest
Pani Lisicyna rozejrzała się wokoło. Zobaczyła na wpół zatopione barkasy, sterczące z